🐿️ Pan Paweł Nie Ma Fal

People named Paweł Nie Znasz. Find your friends on Facebook. Log in or sign up for Facebook to connect with friends, family and people you know. Log In. or. Sign Up. Chords: F#m, E, A, Bm. Chords for Dawid Podsiadło - Nie ma fal (Official Video). Play along with guitar, ukulele, or piano with interactive chords and diagrams. Includes transpose, capo hints, changing speed and much more. 190 views, 15 likes, 3 loves, 0 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from Browar Przełom: Nie ma fal, nie ma fal, nie ma fal #dlamniesmakuje Nie Ma Fal (독일어 번역) 아티스트: Dawid Podsiadło 곡: Nie Ma Fal 7개의 번역 번역: 노르웨이어, 독일어, 영어, 우크라이나어, 이탈리아어, 페르시아어, 프랑스어 Traducción de 'Nie Ma Fal' de Dawid Podsiadło del Polaco al Inglés (Versión #2) Deutsch English Español Français Hungarian Italiano Nederlands Polski Português (Brasil) Română Svenska Türkçe Ελληνικά Български Русский Српски Українська العربية 日本語 한국어 Subskrybuj kanał: https://www.youtube.com/channel/UCUdEWHJVUzZ6WUIvJhWrbfg/?sub_confirmation=1 W ubiegły weekend znowu zrobiliśmy ponad 1000 km po Polsce, że Released by: Sony Music Entertainment. Release date: 5 October 2018. P-line: ℗ 2018 Sony Music Entertainment Poland Sp. z o.o. Dawid Podsiadło - Nie Ma Fal (EN ESPAÑOL) (Letra y canción para escuchar) - Fal nie ma fal nie ma fal nie ma / Fal nie ma fal / Nie ma fal nie ma fal nie ma fal Nie Ma Fal. by Dawid Podsiadło. Małomiasteczkowy Sony Music Entertainment Poland 2018. Main genre: Rock / Pop. Tags: Slavic, Polish. 1 user contributed to this page. cTGa. Kilkanaście lat temu ktoś wrzucił do Internetu filmik. Nastolatek skacze na rowerze z 1,5-metrowej rampy. Upadek nagrywa kolega. W ciągu 68 sek. pada 19 przekleństw. Film ma już ponad 2,5 mln wyświetleń! Fenomen?Tych czasów - mówi socjolog dr Tomasz Marcysiak, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy i w Toruniu. A do Raciniewa, gdzie powstał filmik, przyjeżdżają tłumy, które chcą mieć zdjęcie na TEJ rampie. Nagranie „Paweł Jumper” przeżywa drugą młodość w internecie. Korzysta na tym gmina Unisław, o której zrobiło się głośno. - Zainteresowanie spadło na nas niezasłużenie, nie dołożyliśmy cegiełki do tego, ale bardzo się cieszymy, że o gminie Unisław słyszą w całej Polsce i na świecie - to nagranie oglądają także ludzie poza granicami Polski - mówi Jakub Danielewicz, wójt gminy Unisław. - Mój ośmioletni syn prosił mnie o to, bym w ramach prezentu na Dzień Dziecka, zawiózł go na rampę w Raciniewie. Musieliśmy czekać kwadrans, bym zrobił mu tam wymarzone zdjęcie, tyle było osób: z Wrocławia, Świecia, Inowrocławia. Także na autorów te dwa miliony wyświetleń i sława spadły nieoczekiwanie. W dodatku, wbrew ich woli i mimo ich chęciom. Z całej Polski przyjeżdżają, by zobaczyć rampęSołtys Raciniewa twierdzi, że większość ludzi we wsi na początku nie wiedziała czego szukają turyści. - Przyjechali z Krakowa, Poznania, czy Rzeszowa, by zobaczyć rampę Pawła Jumpera - mówi Jerzy Lewandowski. - Nikt nie wiedział, o co im chodzi: jaki Paweł Jumper? Jaka rampa? Filmik, mało kto we wsi widział, ale jacy popularni jesteśmy! Obcy ludzie przyjeżdżają, chcą wywiadów, przeszkadzają. Teraz im się przypomniał filmik sprzed dwunastu lat?! I jadą tu 400 kilometrów! Ja bym nie jechał! Może lepiej byłoby, gdyby ten budynek został wcześniej zburzony. Od dawna nie służy przecież niczemu, tam kiedyś była rozdzielnia na pompy, elektryka starego CPN-u. Ściany są całe pomazaneGłównie przez fanów Pawła, którzy w ten sposób chcą zaakcentować, że widzieli to miejsce na własne oczy. Niektórzy decydują się też na dość oryginalne wyznania: „Ku upamiętnieniu wielkiego kaskadera, kolarza, a przede wszystkim wielkiego człowieka za niesamowity wyczyn. Paweł Jumper na zawsze w naszych sercach” - to jeden z podpisów. Kultowe miejsce polskiego internetu jest w naszym regionieDo rampy w Raciniewie zaprowadzi... nawigacja, gdy wpiszemy hasło „Paweł Jumper”, poprowadzi idealnie do celu. Sołtys Raciniewa przyznaje, że jedyny plus z wizyt przyjezdnych jest to, że zostawią jakiś grosz w Zmęczeni są po tych długich podróżach, to kupią coś dopicia, jedzenia i choć taki z tego zysk - mówi Jerzy Lewandowski. - Na szczęście, goście są grzeczni, nie dewastują tylko robią zdjęcia. Teraz nawet wójt żartuje i witając się mówi: „sołtys najpopularniejszej miejscowości”. Bo to, że sława rozlewa się daleko i szeroko widać po wpisach do zeszytu, który ktoś założył 28 maja i zostawił w budynku z rampą. Ludzie się dopisywali, wpisując swoje miejscowości, ale z zeszytu zostały już strzępy. Na miejscu spotykamy czterech chłopaków na rowerach. To Maciej, Bartek, Filip i Oliwier, uczniowie Szkoły Podstawowej nr 9 w Toruniu. Przejechali 25 km tylko po to, by zrobić sobie tutaj zdjęcie i pochwalić się tym w mediach Chcemy nakręcić własny filmik w tym miejscu. Skakać nie będziemy - mówi przekonani, że fotka przed miejscem, gdzie skakał Paweł Jumper przyniesie im mnóstwo „lajków”, głównie od rówieśników. W końcu to teraz jeden z tematów numer jeden w internecie - kilkanaście dni temu w najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej na świecie hasło „Pan Paweł Jumer” wyprzedziło nawet... hasło „Pan Tadeusz”.W czym tkwi fenomen filmu?- Młodym ludziom chyba łatwiej to zrozumieć - mówi wójt Danielewicz. - Ja na to patrzę jak na coś, co powstało kilkanaście lat temu, a dziś autorzy wcale nie chcą sławy. To były inne czasy, ciągnęliśmy Internet na kablu, a film już wtedy stał się hitem. Natomiast dla mnie fenomenem jest to, że teraz co dzień ogląda go 100 tysięcy osób! I że do gminy przyjeżdżają kręcić swoje materiały o tym fenomenie Youtuberzy, których z kolei co tydzień ogląda pół miliona ludzi. Wójt przyznaje, że rozmawiał o popularności nagrania z dyrektorem unisławskiego domu kultury. - My się głowimy, jak sprawić, aby o gminie zrobiło się głośno, chcemy budować makietę zamku unisławskiego, dyrektor ma wiele pomysłów, a taki film okazuje się tym, co przynosi sławę - mówi Jakub Danielewicz. - O tych dwóch milionach odsłon możemy tylko socjologa chłopcy nakręcili filmik „dla zwały”. Nie było w tym żadnej ideologii. Odsłonowy sukces przerósł ich oczekiwania, a że „wyczyn” na nim żaden, z kolei język niezwykle „kwiecisty” - wstydzą się i ukrywają przed A po co, jak się było nastolatkiem, wchodziło się na drzewa, rzucało w przechodniów śliwkami, ciągnęło za warkocze i sikało z mostów do rzek? Nic się nie zmieniło, zmieniły się tylko technologie rejestracji głupot okresu dojrzewania - mówi dr Tomasz Marcysiak. - Nie wiem, czy jest im do śmiechu, skoro tak bardzo nie chcą się ujawnić i identyfikować ze swoim „dziełem”, ale ja na ich miejscu powiedziałbym: „Ale jaja, zrobiliśmy zwałę, a zajmują się tym dziennikarze, a nawet socjolog! Może jeszcze prezydent Duda przyjedzie!”A już poważniej dodaje, że zazwyczaj to, co jest niedopowiedziane, jest najbardziej atrakcyjne. Anonimowość „bohatera” i twórcy nagrania podsyca tylko ciekawość zainteresowanych. - Takie mamy czasy, że wszystko nam się podaje na tacy - wyjaśnia dr Marcysiak. - Mało mamy okazji, by poczuć przygodę, niewiele jest nieodkrytych szlaków. Idąc tropem chłopaków, szukając ich, każdy, kto to robi ma nadzieję, że znajdzie, pozna, będzie krok przed poprzednikami, którzy też chcieli dowiedzieć się, kim oni zostać anonimowy, choć ktoś na jego wizerunku zarabia„Bohater” filmiku, który nie mieszka już w gminie Unisław, jest obiektem poszukiwań. Głównie Youtuberów. My też ruszyliśmy śladem. Zadzwonił do nas mężczyzna, który przedstawił się jako „bohater” filmiku i zastrzegł, że chce pozostać anonimowy. Nie chce mówić ani o okolicznościach powstania filmu, ani o promocji, jaką obecnie robi on jego gminie. - Nie chcę udzielać żadnych głupich wywiadów - mówi Paweł Jumper, dziś około 30-letni mężczyzna . I zapewnia, że on filmu do Internetu nie wrzucił. - Trudno mu się będzie z tego wymiksować, choć moim zdaniem nie takie głupoty widzieli już Interneuci - wzdycha dr Tomasz Marcysiak. - Dziś to dorośli mężczyźni, może mają dzieci i nie chcą, by mówiły: „Tato, ile ty przeklinałeś”, bo jak dalej wychowywać i być przykładem? Poza tym, są zawody, w których szczególnie nie wypada - jak politycy, mundurowi, lekarze, w sieci i z naśladownictwemWójt gminy Unisław podkreśla jeszcze jeden aspekt fenomenu filmiku - ktoś przerabia ich sławę w W Internecie można już kupić koszulki, bluzy, czy breloczki z wizerunkiem Pawła Jumpera lub napisem Paweł Jumper - mówi wójt Danielewicz. - Chłopacy siedzą cicho, a inni zarabiają! Mam nadzieję, że panowie się zmęczą tym, że wszyscy ich szukają i w końcu wezmą wybryki młodości na klatę i się ujawnią. Pewnie nie przyjmą naszego zaproszenia na Dni Unisławia, chociaż przyciągnęliby więcej ludzi niż muzyczne gwiazdy, ale może na gminnych dożynkach już się pojawią... W internecie są już memy z Pawłem Jumperem (np. bohater bajki „Sąsiedzi” na rowerze i napis: „Dawaj Maniek, to już się kameruje”), są przeróbki filmu zrobione przez fanów. Na jednym nagranie z Raciniewa zmontowano nawet z fragmentem programu „Sensacje XX w.” Bogusława Wołoszańskiego, mówiącego: „To jest Wizernes” - o miasteczku w północnej Francji, skąd Niemcy rakietami F2 chcieli ostrzeliwać Londyn. Tymczasem na zmontowanym nagraniu spaceruje przy... rampie, z której skoczył Paweł Jumper. Ostatnio także hit Dawida Podsiadło „Nie Ma Fal” doczekał się „wykonania” przez Pawła Jumpera. W ciągu czterech dni wideo uzyskało niemal 400 000 wyświetleń. - Przeróbka filmu Paweł Jumper w połączeniu ze znanym historycznym programem Bogusława Wołoszańskiego świadczy o tym, że ktoś wpadł na błyskotliwy pomysł - podkreśla socjolog. - To tak jak z cytatem z „Misia” Stanisława Barei: „Czego tu nie rozumiesz?” - żyje swoim życiem, wykorzystywany w wielu memach. Czy jak z filmem „Pies-pająk”, który bił rekordy popularności. Jedna osoba obejrzy, poleci znajomym, a ci klikają i spirala się nakręca. Wójt gminy Unisław przestrzega przed naśladowaniem „wyczynu” Pawła Jumpera: - Wolałbym, by młodzi nie próbowali go naśladować. Jemu się udało, ale gwarancji, że naśladowcy wyjdą z takiej rowerowej próby skoku z 1,5 metra bez szwanku przecież nie ma - ostrzega Jakub dr Marcysiak radzi zastanowić się cokolwiek chcemy wrzucić do sieci. - To jest jak z Wikipedią - mówi socjolog. - Ktoś zgłosi, by ci coś w życiorysie dopisali, zrobią to, ale jeśli to nieprawda - choć to twój życiorys - trudno to usunąć. Musi to zrobić ta osoba, która ci ten fragment w życiu dopisała. A to już problem i wyjaśnianie tego trwa. W Internecie tak właśnie jest, że to, co tam raz wrzucimy, może się bardzo długo za nami ciągnąć. Wielu polityków, samorządowców, radnych chętnie wyrzuciłoby z Internetu wiele rzeczy z sobą w roli głównej z czasów, gdy jeszcze tych funkcji nie pełnili. Plus jest taki, że my możemy poznać więcej faktów o nich i lepiej ich poznać. Nikt nie uda przed społeczeństwem wielkiego katolika, jeżeli w sieci krąży filmik dla dorosłych z jego Marcysiak zauważa również: - Niektórzy młodzi ludzie myślą, że dziś im wszystko wolno, jak zechcą to także zachowają anonimowość. To może być Paweł Jumper w swojej gminie też anonimowy już nie jest. - Może na drugim końcu Polski nie wiedzą, kim są bohater i autor filmu Paweł Jumper, ale my tu wiemy - przyznaje wójt Jakub Danielewicz. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Similar Albums Czego się gapisz? Mr. Zoob 303 listeners Loading I Hate Rock'N'Roll 63,114 listeners Loading Revolving Door Piotr Zioła 603 listeners Loading Comfort and Happiness Dawid Podsiadło 52,589 listeners Loading Nie jestem z miasta Elektryczne Gitary 30,931 listeners Loading Uczta Sanah 17,273 listeners Loading Mogło być nic Kwiat Jabłoni 17,530 listeners Loading Ministory Kaśka Sochacka 6,586 listeners Loading Dym BARANOVSKI 6,143 listeners Loading Migracje Mela Koteluk 24,991 listeners Loading Złoto Krzysztof Zalewski 28,298 listeners Loading Echosystem Hey 57,777 listeners Loading Czego się gapisz? Mr. Zoob 303 listeners Loading I Hate Rock'N'Roll 63,114 listeners Loading Revolving Door Piotr Zioła 603 listeners Loading Comfort and Happiness Dawid Podsiadło 52,589 listeners Loading Nie jestem z miasta Elektryczne Gitary 30,931 listeners Loading Uczta Sanah 17,273 listeners Loading Mogło być nic Kwiat Jabłoni 17,530 listeners Loading Ministory Kaśka Sochacka 6,586 listeners Loading Dym BARANOVSKI 6,143 listeners Loading Migracje Mela Koteluk 24,991 listeners Loading Złoto Krzysztof Zalewski 28,298 listeners Loading Echosystem Hey 57,777 listeners Loading External Links Apple Music Don't want to see ads? Upgrade Now Shoutbox Javascript is required to view shouts on this page. Go directly to shout page About This Artist Artist images 6 more Paweł Domagała 20,817 listeners Related Tags acousticrockfolk Do you know any background info about this artist? Start the wiki View full artist profile Similar Artists Kortez 46,397 listeners Kwiat Jabłoni 33,230 listeners Sanah 57,719 listeners BARANOVSKI 24,424 listeners Krzysztof Zalewski 45,629 listeners Dawid Podsiadło 107,173 listeners happysad 241,671 listeners Kaśka Sochacka 20,438 listeners Daria Zawiałow 53,208 listeners View all similar artists Paweł Gzyl Od lat z powodzeniem grywa w komediach romantycznych, a jego płyty pokrywają się kilkoma warstwami platyny. Jest ulubieńcem kinowej i muzycznej widowni. Teraz możemy Pawła Domagałę oglądać w... melodramacie. Z okazji premiery „Na chwilę, na zawsze” artysta opowiada nam jak łączy swoją pasję do muzyki i aktorstwa z życiem rodzinnym. - „Na chwilę, na zawsze” to dla pana wyjątkowy film, bo to pan zainicjował jego powstanie. Jak narodził się pomysł na tę historię? - Zgłosili się do mnie chłopaki z Orphan Studio, którzy chcieli coś ze mną zrobić. Zaczęliśmy się więc nad tym wspólnie zastanawiać. A mnie już od dawna chodził po głowie taki zapomniany gatunek, jakim jest melodramat. I uznaliśmy, że nie będziemy znowu szli w komedię romantyczną, tylko zrealizujemy coś odmiennego. Tak to się zaczęło. - Melodramat to rzadki gatunek w polskim kinie. Co się panu podoba w tej konwencji? - Po prostu lubię takie filmy. Postanowiliśmy więc odświeżyć tę formułę. I dosyć długo nad tym pracowaliśmy: od pierwszej rozmowy do powstania filmu zeszły aż trzy lata. Wszystko rodziło się powoli. Brakowało mi w polskim kinie produkcji, która nie dostosowywałyby się do prędkości świata, tylko tworzyłyby wolniejszą rzeczywistość. Żeby to widz przystosowywał się do tempa filmu i oddychał razem z nim, a nie odwrotnie. Od tego wszystko się zaczęło. - Nie tylko wystąpił pan w „Na chwilę, na zawsze” i nagrał dla filmu piosenki, ale również współtworzył scenariusz. Jak się pan odnalazł w tej nowej dla siebie roli? - Trzeba powiedzieć od razu, że nie pisałem go sam, tylko z dwoma koleżankami – Mirellą Zaradkiewicz i Magdą Wiśniewolską. To są zawodowe scenarzystki. Dlatego dobrze się czułem w tej roli. Pisanie okazało się bardzo przyjemne. Od kiedy zacząłem tworzyć muzykę, trudno mi się zredukować w pracy artystycznej tylko do roli odtwórcy, który nie ma na nic wpływu. Potem doszedł reżyser Piotr Trzaskalski i przenicował ten nasz tekst przez swoją osobowość, nadając mu poetycki walor. Dlatego „Na chwilę, na zawsze” to w sumie wypadkowa wielu wrażliwości. Aczkolwiek pierwotny pomysł był mój. - Film zagląda za kulisy polskiego show-biznesu. Pan funkcjonuje już w nim dwie dekady. Dużo własnych spostrzeżeń na temat tego świata zawarł pan w filmie? - Z moich obserwacji wynika, że prawda o show-biznesie nie jest zbyt interesująca. Żyjemy jakimś hollywoodzkim mitem, a w polskim wydaniu nie jest to jednak aż tak spektakularne, jak się wszystkim wydaje. To nie jest film dokumentalny i nie pokazujemy tu show-biznesu jeden do jednego. Nie wiem jak jest gdzie indziej, ale w Polsce wszystko jest bardzo przyziemne. Szczerze mówiąc show-biznes niewiele się różni od innych zawodów – i pewnie są w nim takie same problemy, jak u pana w redakcji. Ja lubię filmy, których akcja toczy się w hermetycznym środowisku. O strażakach czy o lekarzach. Bo każda taka społeczność jest odmienna. Fajnie się to ogląda. Dlatego zrobiliśmy coś podobnego. - Obraz muzycznego świata w filmie jest dosyć mroczny. Rzeczywiście jest aż tak źle? - Jest tak jak wszędzie. Wszystko zależy od człowieka i jego indywidualnych decyzji. W kolorowej prasie można poczytać sporo ciekawych rzeczy zarówno o muzykach, jak i o dziennikarzach. Dlatego daleki jestem od jakichkolwiek generalizacji. Że dane środowisko jest takie, że dany naród jest taki, że dane pokolenie jest takie. Nie zgadzam się z takim uogólnianiem. - Media dopatrują się w fabule „Na chwilę, na zawsze” odniesień do „Narodzin gwiazdy”. Rzeczywiście to była dla pana inspiracja? - To wymysł promotorów filmu. Zadziałały tu pewne mechanizmy, które mają zapewnić naszej produkcji klikalność. I ja muszę się na to zgodzić. Osobiście mnie to jednak bawi. „Polska odpowiedź na „Narodziny gwiazdy”. (śmiech) Nie przypominam sobie, żeby Lady Gaga i Bradley Cooper mówili: „Hej Domagała, to co nam teraz odpowiesz na nasz film?”. Nie było pytania, nie ma więc odpowiedzi. (śmiech) - Głównym bohaterem „Na teraz, na zawsze” jest piosenkarz. Ile w Borysie jest Pawła Domagały? - Starałem się, aby było jak najmniej. Oczywiście jest moja fizyczność, moja wrażliwość. No i moja muzyka. Od początku chcieliśmy bowiem, żeby w filmie zabrzmiały moje piosenki. Premiera „Na chwilę, na zawsze” miała się pokrywać z premierą mojej ostatniej płyty „Wracaj”, ale pandemia sprawiła, że to się jednak rozjechało. - Borys uciekł z show-biznesu. Pan ostatnio też mówił, że śpiewanie nie sprawia panu już takiej radości jak kiedyś. Myślał pan kiedyś, żeby już zejść ze sceny? - Raczej nie. Chodziło mi tu o to, by pamiętać o tym, dlaczego kiedyś zaczęło się to robić. Nie dać się zwieść pozorom, tylko pamiętać jakie było to pierwotne marzenie. Dlatego trochę wyhamowałem – ale nadal dawałem koncerty. Nie reklamowałem ich jednak specjalnie. Ja się wywodzę z kameralnego grania w małych klubach. Nie jestem przyzwyczajony do roli jakiegoś mesjasza, której pełnienia niektórzy ode mnie oczekują. Dlatego trochę się wycofuję, by nie ulec pokusie mędrkowania. - Postać Poli skojarzyła mi się z Ewą Farną przez wątek wypadku samochodowego. To dobry trop? - (śmiech) Ja nawet nie wiedziałem, że Ewa Farna miała wypadek. Nawet przez sekundę nie pomyślałem o niej. - Polę zagrała Martyna Byczkowska, która reprezentuje trochę młodsze pokolenie od pana. Jakie mieliście porozumienie? - Mieliśmy na planie dużo młodych aktorów. Castingi były bardzo długie i wybraliśmy wspólnie z reżyserem i producentami sporo zdolnych i młodych ludzi. Bardzo dużo się od nich nauczyłem i wziąłem. Przede wszystkim zapału i innego podejścia do zawodu. Oni nawet nie zdają sobie sprawy, jak dużo im zawdzięczam. Nie jestem jakoś bardzo dużo starszy od nich, ale oni są zdecydowanie bardziej świadomi i pewni swojej wartości. Dlatego przyjemnie się z nimi pracowało. Żyjemy w przeświadczeniu, że temu młodemu pokoleniu na niczym nie zależy, a to nieprawda – przynajmniej z moich obserwacji tak wynika. - Nie miał pan ochoty wyreżyserować „Na chwilę, na zawsze”? - Nie ukrywam, że myślę o reżyserii, ale na pewno w moim debiucie nie chciałbym sam grać, bo to za dużo rzeczy na głowie, którymi musiałbym się zająć. Poza tym, kiedy będę kręcił swój pierwszy film, to wolałbym, żeby to było za moje pieniądze, aby nikt obcy nie ryzykował swoimi funduszami. No i żebym miał pełną autonomię. - Dlaczego wybraliście na reżysera Piotra Trzaskalskiego? - On ma w sobie niezwykłą poezję. Tak mocno przefiltrował tę opowieść przez siebie, że można powiedzieć, iż jest to kino autorskie. Bardzo cenię Piotrka i lubię go prywatnie. Podoba mi się jego wrażliwość, spokojne postrzeganie świata, czułość w patrzeniu na człowieka i mądrość w traktowaniu relacji. Brak natarczywości w narzucaniu swoich opinii. - Udało się panu w pełni oddać swą opowieść w jego ręce? - Tak. Piotrek uważnie słucha. Dlatego spotykaliśmy się często przed zdjęciami i dużo rozmawialiśmy. Zresztą nadal to robimy. To ważna osoba w moim życiu. - Film ma pozytywne przesłanie: że zawsze jest czas na odkupienie swoich win. Podobnie jest z pana piosenkami. Lubi pan dawać odbiorcom nadzieję? - Lubię dostawać nadzieję i oddawać to, co dostałem. Oczywiście nie wszystko musi być cukierkowe. Cóż: życie jest trudne i pełne cierpienia, na które nie mamy wpływu. Ale możemy przynajmniej nie pogarszać sytuacji. Szczęście jest skutkiem dobrego życia, a nie odwrotnie. Dlatego w swojej sztuce chcę pokazywać ludziom, by nie skupiali się na poszukiwaniu szczęścia, tylko na dobrym życiu, bo wtedy szczęście samo przyjdzie. Wierzę też, że nawet najgorszy człowiek ma w sobie jakieś dobro. - Kiedyś powiedział pan w jednym z wywiadów, że od początku wiedział, że chce być aktorem i muzykiem. Jak to możliwe? - Tak sobie od zawsze wyobrażałem swoje życie. I dzisiaj nie byłbym w stanie zrezygnować ani z jednej, ani z drugiej aktywności. To tak jak z dziećmi – kiedy ma się dwójkę lub trójkę, to każde kocha się inaczej, ale tak samo mocno. I dla każdego trzeba się poświęcić. - Wychował się pan w Radomiu, który mocno dotknęły przemiany w Polsce po 1989 roku. Jaki wpływ miało na pana dorastanie w tym mieście? - Dzięki temu, że wychowywałem się w Radomiu w latach 90., miałem w swej klasie bardzo bogatych i bardzo biednych kolegów. I nie było między nami żadnych różnic. Ocierałem się o bogactwo i biedę, dlatego dosyć wcześnie poznałem życie z każdej strony. Dzięki temu potrafię dziś zrozumieć różnych ludzi. Obecnie każdy żyje w swojej „bańce”. Tymczasem w Radomiu w latach 90. na trzepaku był syn bezrobotnego i syn dyrektora Zakładów Tytoniowych. Nikt nie patrzył na jego status, tylko jakim jest człowiekiem. To najważniejsza lekcja, którą wyciągnąłem z dorastania w Radomiu. I jestem za to bardzo wdzięczny temu miastu. - Uczył się pan w liceum w klasie matematyczno-fizycznej. Skąd więc u pana artystyczne zainteresowania? - Już kiedy byłem w podstawówce, grałem na gitarze i brałem udział w olimpiadach matematycznych i fizycznych. Dla mnie to są pokrewne dziedziny. W jednej i drugiej zadajemy te same pytania, odpowiadamy tylko z różnych perspektyw. Ciekawość świata i człowieka jest podobna. I od tego się wszystko zaczyna. Z perspektywy czasu wydaje mi się jeszcze bardziej wyraźne, że nauki ścisłe uczą większej pokory wobec tego, co wiemy i co nam się wydaje. Dlatego jestem daleki od tego, by wydawać jakieś kategoryczne osądy. Bo wiem jak mało wiem. - Jak pan wspomina warszawską szkołę aktorską? - Miałam ogromne szczęście, że trafiłem na fantastyczny rok. Było nas wielu, ale szybko się zgraliśmy i bardzo się wspieraliśmy. Dzięki temu mieliśmy zdrowy dystans do tego wszystkiego już od początku. Jestem więc wdzięczny moim kolegom z roku, że byli mądrzy i fajni. - Pierwszy duży sukces odniósł pan nie w kinie, ale w teatrze w spektaklu „Exterminator”. Rola Marcysia była chyba idealnie skrojona pod pana talent i umiejętności? - Rzeczywiście. Przez pierwsze dziesięć lat kariery grałam w teatrze i to epizodyczne role. Bardzo dużo mnie to nauczyło. Zresztą podobnie jak Kabaret Na Końcu Świata, który był dla mnie wspaniałą lekcją improwizacji i scenicznej odwagi. Teatr był więc dla mnie bardzo ważny, bo to właśnie tam aktor najpełniej szkoli warsztat. Oczywiście są dobre i złe sztuki – jak wszystko. - Kino otwarło się na pana po sukcesie „Exterminatora”? - Faktycznie to był ogromny przełom. Do tej pory ludzie pytają się, kiedy będziemy grali ten spektakl. - Woli pan teatralną czy kinową wersję? - To są dwa różne światy. Oczywiście większy sentyment mam do wersji teatralnej. Bo była pierwsza. To też inna specyfika pracy. No i chłopaki, z którymi grałem. - Kiedyś powiedział pan w wywiadzie, że bliżej panu do komercyjnego niż do artystycznego kina. Z czego to wynika? - Z tego, co mi się podoba. Filmy, które miały na mnie największy wpływ, były mocno komercyjne. I dzisiaj jak mam pójść do kina, to też takie wybieram. Nie uważam, że komercja musi mieć złe konotacje. Pochodzę z małego miasta i nie miałem za młodu styczności z wielkim teatrem. Myśmy oglądali takie filmy jak „Top Gun”, „Braveheart” czy „Forrest Gump”. I to po kilkanaście razy. Jestem więc widzem popcornowym i mówię to z dumą. - Sam pan też grywa w takich filmach. Do tej pory były to głównie komedie. - Dużo trudniej jest „oszukać” widza grając w komedii niż w dramacie. Albo coś jest śmieszne, albo nie. To nie to samo co pokazywanie „bebechów”. Poza tym, nie ukrywam, że po prostu uwielbiam komedie. Dlatego lubię grać w takich filmach. Teraz trochę skręciło to w złym kierunku. Dlatego chciałbym, żebyśmy wrócili do filmów z większym poszanowaniem inteligencji widza. Najbardziej podobają mi się dzisiaj tragikomedie, jak serial „After Life”, które śmieszą i wzruszają. Gdyby ktoś zaproponował mi rolę w czymś takim, to na pewno bym nie odmówił. - Którą ze swych komediowych ról najbardziej pan ceni? - Trudno powiedzieć. Po pierwsze nie chciałbym nikogo urazić mówiąc to publicznie. A po drugie staram się wszystko zrobić jak najlepiej i od każdej roli ciężko mi się odciąć emocjonalnie. - Popularność, którą zdobył pan jako aktor, pomogła panu zaistnieć na muzycznej scenie? - To już było badane na wszelkie możliwe sposoby. I okazuje się, że nie do końca. To mogło pomóc o tyle, że mnie zaproszono do jednej czy drugiej „śniadaniówki”, żebym powiedział o płycie. Z drugiej strony bardziej popularni aktorzy ode mnie próbują swych sił w muzyce - i im nie wychodzi. Dlatego lubię myśleć z pewnego rodzaju zadufaniem w siebie, że to nie pomogło. A czasem wręcz przeszkadzało, bo ta łatka „śpiewającego aktora” niektórych wręcz odstrasza. - Katalizatorem pana muzycznego sukcesu było spotkanie z kolegą z Radomia – Łukaszem Borowieckim? - Zdecydowanie. Początkowo grałem sam na gitarze, potem próbowałem tworzyć różne projekty. Kiedy poznałem Łukasza, puściłem mu swoje nagrania i wtedy stwierdziliśmy, że zrobimy to razem. On nie znał mnie wtedy jeszcze dobrze, ale zaryzykował – złożyliśmy się pół na pół na pierwszą płytę i od tamtej pory działamy razem. I nic nie wskazuje na to, że przestaniemy. - Postawiliście od początku na pełną niezależność. O wszystkim decydujecie sami, sami wydajecie swoje płyty i organizujecie koncerty. Dlaczego nie chcecie współpracować z polskimi „rekinami show-biznesu”? - Jestem po mat-fizie i dobrze liczę. (śmiech) Poza tym bardzo sobie cenię wolność artystyczną. A muzyka jest dla mnie czymś tak osobistym, że nie wyobrażam sobie, iż ktoś mógłby mi narzucać jak, gdzie i z kim mam grać. Ta niezależność jest dla mnie i dla Łukasza dużo ważniejsza niż inne aspekty. - W jednym z wywiadów powiedział pan: „Zawsze staram się, żeby przekaz był prosty, bo nie znoszę kombinacji”. To właśnie w tej prostocie tkwi sekret pana sukcesu? - Nie mam pojęcia. Nigdy tego nie kalkulowałem, bo nie umiem tego robić. Piszę i śpiewam to, co umiem. Osobiście lubię jasne przekazy i sam po sobie zauważyłem, że jak nie wiem do końca o co mi chodzi, to potrafię to ukryć za milionem metafor i pięknych słów. Ale nic się za tym nie kryje. Dlatego lubię jako coś jest proste. Oczywiście taką mam wrażliwość i sposób porozumiewania się ze światem, że używam wielu analogii. Ale zawsze staram się, by były one proste i osobiste. Kiedy czasem piszę piosenkę, to myślę o jakiejś konkretnej osobie. I potem po premierze płyty ta osoba dokładnie wie, że to o nią chodziło. Wtedy są telefony: „Ty, stary, dzięki!”. Ten osobisty charakter moich tekstów jest dla mnie bardzo istotny. To zapis ważnych momentów w moim życiu. - Lubi pan opowiadać fanom o sobie w swych piosenkach? - O ile nie lubię tego robić w wywiadach, to w piosenkach odkrywam się zupełnie. To nie jest nawet jakoś wykalkulowane, po prostu inaczej nie potrafię. Dlatego to robię. Wszystko filtruję przez siebie. Jeśli jest jakaś sytuacja na świecie, to też nie podchodzę do niej z publicystycznej perspektywy, tylko raczej opisuję jak ja się w niej odnajduję. Wydaje mi się to uczciwsze i prawdziwsze. - W pana piosenkach słychać elementy klasycznego bluesa, folku czy nawet country. Jest pan muzycznym konserwatystą? - Też się nad tym zastanawiałem. Po prostu takiej muzyki słucham, taka mnie inspiruje. Wobec tego nie widzę powodu, by robić coś, czego nie lubię, tylko dlatego, że coś jest modne. Bogu dzięki mam grono słuchaczy, którym też się to podoba. Może do Europy to jeszcze nie doszło, ale w Stanach taka muzyka jest coraz bardziej popularna. Ta fala dotrze do nas pewnie za kilka lat. A wtedy ja zacznę robić elektronikę. (śmiech) - Zaskoczyła pana popularność, jaką zdobyły pana piosenki? - Kiedy przygotowywaliśmy wydanie pierwszej płyty „Opowiem ci o mnie”, zrobiliśmy 3 tys. egzemplarzy, a ona ostatecznie sprzedała się w ilości 60 tys. egz. To było wielkie zaskoczenie, bo nikt się tego nie spodziewał. Planując wydanie drugiej płyty „1984”, myśleliśmy więc, że będzie podobnie. Ale sukces „Weź nie pytaj” przerósł nasze wszelkie oczekiwania. Badania pokazywały, że to aż tak nie zaskoczy. Wyjechałem więc z rodziną na wakacje do Jastarni. Byłem z dziećmi na plaży, a tu się okazało, że mamy ogromny hit. To było bardzo przyjemne. Myślę, że to coś nie do powtórzenia. - Popularność bardzo pana zmieniła? - Ciężko mi powiedzieć. Kiedy pojawił się ten wielki hajp na „Weź nie pytaj”, nie wiedziałam jak się mam zachować. Bo nie lubię się chować przed ludźmi. Teraz jest już luz – wszyscy wiedzą jakie mam zdanie na ten temat. Kiedy nie pracuję, to nie pracuję. I jest już lepiej. Ale taki nagły sukces, kiedy człowiek nie jest na niego przygotowany, bywa szokujący. Tym bardziej, że popularność aktora to coś innego niż popularność muzyka. Bycie aktorem bardziej nobilituje, a tutaj – jest się kimś w zasięgu ręki. Ważne jest też na kogo się trafi. Jeśli ktoś jest kulturalny i poprosi o zdjęcie, to się zgadzam i pogadam. Ale kiedy ktoś wrzeszczy „Mordo, chodź tutaj”, to wtedy budzi się we mnie Radom. (śmiech) - Na pana koncertach większość stanowią dziewczyny. Jak sobie pan radzi z fankami, które szturmują potem garderobę? - Nie ma takich rzeczy. Ja się zawsze tym chwalę. Z badań wynika, że większość naszych słuchaczy, to wykształcone kobiety. Dlatego zawsze zachowują się kulturalnie. Wszystkie nieprzyjemne sytuacje po występach, jakie miałem, były raczej z mężczyznami. Dlatego nie przeszkadza mi to – i mogłyby na nasze koncerty przychodzić same kobiety. (śmiech) Na pewno byłoby kulturalniej. - Żona nie jest zazdrosna o te wielbicielki? - Nie. Mamy do siebie pełne zaufanie. Dlatego wszystko jest w porządku. - Żona jest pierwszą recenzentką pana piosenek? - Tak. I to właśnie ona wybrała „Weź nie pytaj” na singiel. My chcieliśmy zupełnie inny utwór. „To jest lepsze” – powiedziała. Teraz planujemy wydanie kolejnego albumu i wspólnie ustaliliśmy, że promujący go singiel wybierze Zuza. Dlatego jest nie tylko recenzentem, ale i wyrocznią. Przynajmniej jeśli chodzi o wybór singli. - Jej ulubioną piosenką jest „Zuza”? - Mówi, że tak. (śmiech) - Córki też słuchają pana piosenek? - Nie przepadają za nimi do końca. Im moje granie kojarzy się z tym, że taty nie ma w domu, bo jest na próbie lub na koncercie. Dlatego mają inną perspektywę. Starsza poza tym słucha już swojej muzyki. Wszystko jest więc w należytym porządku. Poza tym ja nie jestem typem, który żąda, aby w domu wszyscy chodzili na paluszkach, bo ojciec ma wenę i pisze. Dlatego pracuję właściwie mimochodem, starając się, żeby rodzina tego nie odczuwała. - Zdarza się panu pograć i pośpiewać w domu dla przyjemności? - Codziennie. Ale nie jest tak, że wtedy cała rodzina siada w kółku i wszyscy śpiewają ze mną. Raczej się zamykam i dziewczynki krzyczą: „Tato, ciszej!”. (śmiech) - Rodzina jest dla pana ważniejsza od muzyki i filmu? - Oczywiście. Tu nie ma co porównywać. Rodzina to jest coś, co jest prawdziwe w moim życiu. Jest moja prawdą. Praca jest ważna i przyjemna, ale to nie ten sam rodzaj emocji. Każdy kto ma rodzinę i wszystko poukładane, rozumie o czym mówię. Ostatnio słuchałem wywiadu z Edem Sheeranem i on mówił to samo. Nie znamy się i nie mogliśmy tego uzgodnić, ale mamy podobne przemyślenia. (śmiech) Chociaż on jest dużo wyżej niż ja.

pan paweł nie ma fal